niedziela, 19 lutego 2012

Santander, 1-3 lutego 2012



Tak naprawdę Santander stanął na mojej drodze z racji takiej, że znajduje się tu lotnisko. Potem dopiero człowiek miał zacząć PRAWDZIWĄ podróż, wstępując w progi Salamanki czy Burgos.

Okazało się jednak, że Santander też ma coś do powiedzenia.

Nie jest to duże miasto. Liczy zaledwie ok 180 tys. mieszkańców i od zawsze miało charakter miasta portowego. Wyróżniało się jednak na tle innych miast nad Zatoką Biskajską, stąd jest uznawane za stolicę swojego regionu autonomicznego- Kantabrii.

A skoro to miasto portowe, natknęliśmy się na rarytasy takie jak: port, plaża, palmy i wiatr.

Poza tym zapędziliśmy też na Stare Miasto, choć niewiele z niego pozostało. Miasto było wiele razy nękane przez roznego rodzaju katastrofy. Wybuch w porcie w roku 1893 pochłonął 590 ofiar, a pożar miasta w 1941 zniszczył prawie całą zabytkową zabudowę.

Nie mniej, można zwiedzić gotycką katedrę z lat 1217-1219. Znajdują się tam szczątki świętego Emeteriego, od którego bierze nazwę miasto.

My jednak z Santander z pewnością zapamiętamy wizytę w Parlamencie Kantabrii. Postanowił się tam człowiek dołączyć do dziecięcej wycieczki, co na celu miała wytłumaczyć demokrację. W Parlamencie znajduje się kopia arrasu, na którym pierwszy raz zanotowano pojawienie się słowa "Kantabria", a podłoga zrobiona jest z kamienia zawierającego skamieliny!

Wnet okazało się, że wpadliśmy na kantabryjską gwiazdę polityki. Dziedziaczki powzięły odń autografy, a i zdjęcie niejedno sprawiły. O dziwo, również z największymi gwiazdami wieczoru - nami. Nie codziennie w końcu spotyka się americanos.

Innym ważnym punktem programu był Pałac Magdaleny w iście angielskim stylu rodem z Pride and Prejudice (Palacio de la Magdalena), na który brzegiem morza trzeba spacerować koło godziny. Natknął się wtedy na plażę, gdzie chwilę miał ochotę udawać, że w Santander w lutym jest bardzo ciepło. Spotkał syreny, lwy morskie i pingwiny...

A mieszaliśmy u hostów z Couchsurfingu. Pierwszy raz chyba miałam mieszane uczucia co do ludzi, których poznałam tą drogą. Nie wspomnę nawet.

Jak Santander to banki
Kumpel z baru. Buena gente!
Wesoła kompania w domu hosta
Uczestnicy wyjazdu zagranicznego
Droga św. Jakuba przez Santander
Polska delegacja w parlamencie Kantabrii
Olga
Ewa i Łukasz
Najlepsze churros jakie jadłam
Zabawy

Zobacz resztę galerii tutaj.

piątek, 17 lutego 2012

Salamanca, 6-8 lutego 2012



Salamanca to chyba jedno z nielicznych miejsc na świecie, o których nikt nie powie, że 'nie podobało mi się'. Znasz kogoś, że jak mu powiedziałeś: "Ej masz ochotę na kremówkę". To on: "Nie stary, nie lubię kremówek."

W Salamance jest prawie tak pięknie jak w Szydłowcu :D

Mury Salamanki pamiętają prawdziwy romanizm i prawdziwy gotyk. Ba! Czasy rzymskie wnet! Znajduje się tu najstarszy uniwersytet w Hiszpanii (1218 r). Stare miasto Salamanki (wraz z katedrą i uniwersytetem) jest wpisane w listę UNESCO.

Dlaczego człowieku podobają ci się miasta z kamienia? Jeśli dlatego, że wtedy od razu wiesz, że to miasto jest stare, to oznacza to, że ówcześni Salamańczycy nie dostrzegali tego piękna? To niemożliwe. Kamień ma coś w sobie. Kamień przyciąga i pociąga.

Miasto jest pełne atrakcyj. Każdy z Salamanki na pewno zawsze pamięta instytucję szukania żaby na fasadzie uniwersytetu. Nie jest to łatwe zadanie. Za nas czworga podróżnych, tylko Olga, co w kawiarni pracuje, a zatem często świeżością umysłu dysponuje, dokonała tego czynu.



Mogę Wam zdradzić, gdzie jest żaba.



Na czaszcze po prawej. Ha! Nie chcę martwić nikogo, ale jak sam nie odnalazłeś żaby, to nie zdasz uniwersytetu.

Pozostaje jedynie pomodlić się w katedrze. Jest katedra stara romańska i nowa gotycka. Żeby zobaczyć starą, trzeba dotrzeć tam o ludzkiej porze, bo z ulicy jej nie widać, trzeba wejść na teren katedry. My, nieludzcy, nie ujrzeliśmy jej. W ostatnich 15 minutach otwarcia zdołaliśmy tylko naprędce spenetrować nową katedrę. Nową Katedrę, co gotycki ma styl, a raczej izabeliński, czyli jego bogatszą hiszpańską odmianę. Na zewnątrz cudne zdobienia w stylu plateresco.

Tam nagle w stylu plateresco wyłania się psikus. Oto na gotyckiej fasadzie mamy motyw cokolwiek nowoczesny:



Wiele innych cudów w Salamance się odnajdzie. Podobno znajduje sie tu najpiękniejsza Plaza Mayor. Rajem jest Salamanca dla fanów Łazika z Tormesu (Lazarillo de Tormes), co w właśnie w Salamance miałby zyć. Tutaj też mieściła się kwatera główna generała Franca w czasie wojny domowej. Dlatego też w mieście znajduje się Archiwum Główne Wojny Domowej. Bardzo ciekawe, lecz no fotos.

W pamięci zapada też Dom Muszli (Casa de las Conchas), gdzie mieszkały nadworne damy do towarzystwa, a początkowo należał do Izabeli i Ferdynanda. Muszle symbolizują dwie rzeczy. Nawiązują do herbu Izabeli, ale też do odbytej przez Ferdynanda Drogi św. Jakuba. Ciekawostką jest, że jezuitom, którzy wybudowali BARDZO blisko bazylikę, nie podobało się, że dom zasłania fasadę kościoła. Nie można było Domu Muszli jednak zburzyć ze względu na wartość muszli. Zakon zatem pokątnie zaoferował pewną ilość złota dla każdego, kto oderwie jedną muszlę z fasady domu. Sczęśliwie Dom Muszli i większość zdobienia pozostała do dzis.



Przestrzec tylko muszę przed lutowym zimnem tego miasta. Cieplej nie mniej jest niż w Burgos, ale Kanary wciąż to nie są. Gdyby Cię jednak mróz tam napotkał, zawsze chętnie przewita Cię darmowe Muzeum Handlu. Tripeeeeeeeeeee.... TRIPERO!

Studenci poszukujący żaby
A jaki znany Polak studiował w Salamance
Relikwie Juliana Rodrigueza z Salamanki w katedrze
Nowa odsłona guerniki
Piękny klasztor dominikanów
Palacio de Monterrey z XVI wieku
Jamón

Ścieżka języka hiszpańskiego

Zobacz galerię pod tym linkiem.

wtorek, 14 lutego 2012

Valladolid, 5 lutego

Miasto niepozorne Valladolid częścią mej podróży cokolwiek intensywnej do Hiszpanii w lutym 2012.

Valladolid upląsowało się w rankingu podróży następująco:

Santander - 2 dni
Bilbao - 1 dzień
Burgos - 2 dni
Valladolid - 1 dzień
Salamanca - 2 dni
Madryt - 2 dni

Uczestnicy: Olga, Ewa, Łukasz ja.

Skon on miał wiedzieć wtedy, że szczęścia zazna właśnie w Valladolid? Gdyby wiedział, pognałby tam na tydzień, rezygnując z kilku innych słabych miast.

Bo tak naprawdę mieliśmy setne szczęście poznać w Valladolid cudownego człowieka, a to za sprawą Couchsurfingu oczywiście. Nie bez kozery człowiek ten w każdej swojej referencji ma zdanie: "He made this time amazing". Nim się obejrzałam, bez niczyich sugestyj, sama takowe zdanie wplotłam w swoją opinię na jego temat.

Xoan.. tak mu na imię. Nie będę o nim się długo rozwodzić, nie można tak. Ale wiedzcie, że jak kiedyś będziecie w Valladolid i przypadkiem nie boicie sie CS, walcie do niego jak dym.

O jednej tylko sytuacji napomknę, jak to Xoan zaprosił nas do miejsca pracy, a mianowicie do domu starców. W ramach nowego doświadczenia. Nie wiedzieliśmy wtedy na początku, że ma być w związku z tym zorganizowana jakakolwiek feta. A była i to w formie konferencji prasowej. Absurd, towarzyszący nam w tych czasach od świtu do świtu, prawie przerósł nas.

Gdyby nie Xoan, mogłabym zrozumieć tabuny Burgaleses (mieszkańców Burgos), którzy jak jeden mąż uznają, że w Valladolid NIC NIE MA! Uznając, że istnieje na świecie coś w deseń piękna absolutnego czy obiektywnego, nie powie nikt, że Valladolid przerasta Salamankę albo Toledo. Spornie byłoby gadać tymczasem, że ładniej jest niż w Burgos. Niemniej jednak, coś tchnęło mnie, żeby to właśnie na pierwszy ogień na mym zacnym blogu rzucić Valladolid, a nie legendarną Salamankę... porzucony niegdyś Wiedeń czy kilka innych miejsc w kolejce.

Jest urokliwe Valladolid. Uroku dodaje mu element zdziwienia z naszej strony, że tam coś jest. Nie dość, że jest, to jeszcze coś się tam nawet dzialo, o!

- W 1506 w ubóstwie, osamotnieniu i rozgoryczeniu zmarł tutaj (znany Polak) Krzysztof Kolumb.
- Od 1469 do 1621 Valladolid to jedna z rezydencji królów Kastylii i zjednoczonej Hiszpanii oraz miejsce obrad Kortezów.
- W 1469 odbył się tutaj ślub Izabeli Kastylijskiej z Ferdynandem Aragońskim.
- W 1527 w Palacio de Pimentel urodził się przyszły król Felipe II

Valladolid jest związane również z postaciami takimi jak:

- Miguel de Cervantes, który mieszkał tu czas jakiś, napisał wtedy część Don Kichota.
- José Zorrilla, poeta romantyczny, urodził się tu i mieszkał. W mieście znajduję się jego dom, zrobione na muzeum. (Imposible lo has dejado.. Para vos y para mi)
- św. Piotr Regalado, patron Valladolid. Ten, z okazji takiej, że potrafił przebywać w dwóch miejscach jednocześnie, był brany pod uwagę przy wyborze patrona internetu".

Skupić w Valladolid można się też na architekturze. Wiele tutaj przykładów stylu herreriańskiego oraz izabelińskiego.

Styl izabeliński, czyli hiszpańska odmiana gotyku, występuje często z charrakterystycznymi zdobieniami w stylu plateresco. Dobre przykłady to kościół św. Pawła i siedziba Muzeum Rzeźby.

Styl Herreriański (od nazwiska architekta Juana de Herrera, tego samego od Escorialu) to renesans. Pozbawiony zdobień, stanowi niezły kontrast do platerescowanych budynków obok. W stylu herreroZamek Królewski w Valladolid i katedra. Mieszkańcom Valladolid nie do końca podoba się ten styl. Może dlatego, że w połowie budowy katedry, Herrero wybył w świat w celu 'budować Escorial'. Katedra do dziś jest nieskończona. Na cztery zaplanowane wieże, stoi jedna.

Uwagę przykuwa też secesyjny Pasaje Gutiérrez, czyli ponad stuletnia galeria handlowa albo zacny park Campo Grande. Tam czarne łabędzie, pawie i inne frykasy.

Muszę też wspomnieć tu, że Valladolid i okolice to kolebka jezyka hiszpańskiego, jego najczystszej formy i entonación más pura. Z tej okazji uczyniona jest ścieżka języka Hiszpańskiego, przystanek: Valladolid.

I jak tu nie kochać tego miasta oraz jego mieszkańca?

Pinchos.. mm...
Dawne gotyckie części katedry
Uniwersytet. Nie wolno liczyć lwów!
Pomnik Zorrilli
Styl herreriański
Plaza de Espana
Zdjęcia w skoku na Plaza Mayor

Zobacz galerię

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Sewilla, 2 lutego 2011


Och, jak dawno nie byłam w Hiszpanii! Będzie z rok czasu! Co za koszmar! Dlatego moje życie przestało mieć sens. Na szczęście wybieram się doń już za miesiąc.

Tymczasem wytrzymać nie mogę i żyć nie mogę, nie wspominając o niej, a żeby uczynić to z impetem, opowiem o sercu Hiszpanii, Andaluzji, a dokładniej o sercu serc Hiszpanii czyli Sewilli.

Sewilla, leżąca nad rzeką Guadalquivir, jest stolicą Andaluzji i stolicą Flamenco. Wielu powie, że to też serce piękna Andaluzji. To prawda. Jest git. Ale ja, uosobienie przekory i braku empatii, powiem, że, owszem, Sewilla, piękne miejsce, ale nie jest bardziej urokliwa od miast Jaenu, czyli Baezy i Ubedy, albo choćby leżącego obok Jerezu.

W Sewilli z pewnością mogłabym spędzić nie jeden dzień, ale rok cały. Właściwie to jeden dzień na Sewillę brzmi niepoważnie. Starczy to ledwie na pobieżny przegląd zabytków, tych moc, a gdzie miejsce na wchłanianie kultury Hiszpanii całym swoim ciałem i jestestwem?

Namiastka jednak była. Churros na śniadanie, walka o tapas (bo o tapas się walczy), rytm flamenco, co będzie dźwięczęć w uszach przez cały rok (do czasu gdy ulegniemy i znowu kupimy bilet do Hiszpanii na ferie), niekończące się słońce, mandarynki z drzewa i marka człowieka "hiszpan", co zawsze (nawet po stu latach na ilsie) jest pewnego typu atrakcją.

Sewilla ma niezwykle długą historię. Zaczęło się wszystko od Turków w VIII wieku pne, potem byli Kartagińczycy, Rzymianie, w końcu w VII wieku ne przybyli muzułmanie. Po nich to wiele jest śladów, zresztą jak w całej Andaluzji. Do XVIII wieku Sewilla rozwijała się jako ważne miasto portowe, potem jednak główny port został przeniesiony do Kadyksu. Sewilla odżyła dopiero w XX wieku i aż do teraz Sewilla to nie przelewki.

Historia pamięta Sewillę z czasów Kolumba i przez Kolumba. Było to ważne miejsce dla monarchii hiszpańskiej. W królewskim pałacu Alkazar z XI wieku (istniejącym do dziś zresztą) przebywali często królowie i tu właśnie został przyjęty Krzysztof Kolumb po podróży do Ameryki na audiencję u Izabeli Kastylijskiej i Fernanda Aragońskiego.

Kolumb zresztą został pochowany w Sewilli, w, wg niektórych, najpiękniejszym zabytku miasta, czyli w Katedrze de Santa María. Historia gotyckiej katedry sięga XVI wieku, a została wybudowana na miejscu dawnego meczetu. Dawny minaret (dzisiejsza wieża La Giralda) ma wysokość blisko 100m. i zmieniono go w dzwonnicę.

Mi jednak najśliczniej podobał się espaktakularny Plac Hiszpański (Plaza de Espana). znajduje się tam fantastyczny wielki pałac w stylu neo-mudejar z elementami art déco. Wszystko to dookoła wielkiego placu, a w środku fontanna. I jeszcze azulejos (kafelki), a te kocham nad życie. Pałac pochodzi z XX wieku, wybudowany był z okazji wystawy Ibero-Amerykańskiej z 1929 roku.

Zobaczyliśmy też Arenę walk byków. Ta w Sewilli to jedna z największych i najstarszych w Hiszpanii. Nie trzeba chyba przedstawiać Corridy. Można się oburzać, że zabijają biedne byczki. Co za brutale z tych Hiszpanów! Cały świat na nich najeżdża. Ale Corrida jest tak głęboko zakorzeniona w kulturze i umysłach hiszpańskich, że nie da rady im tego wyplewić. Zresztą, ja wcale nie chcę.

Przewodniki po Hiszpanii mówia jeszcze o Torre del Oro, czyli Złotej Wieży, będącej symbolem Sewilli. Budowla była częścią fortyfikacji Maurów z XIII wieku. Złota, bo jest opcja, że przechowywano tam złoto z Nowego Świata, albo też jest opcja, że pierwotnie pokryto ją złotymi azulejżami.

A na koniec wspomnę o dzielnicy Santa Cruz, czyli dawnej dzielnicy żydowskiej. Cudownie tam. Wąskie uliczki, opadające przez balkony zasłony.. Andaluzja, Andaluzja, Andaluzja..

Krew byka - dobra farba
Flamenco, flamenco...
Miasto motocykli
Cień wąskich ulic
Radio patio
Nad Guadalquivirem
Wieże z Plaza de Espana mają przypominać La Giraldę
Moja zwyczajowa mina w Hiszpanii
Dworzec w Sewilli
Jamón (czyli śmierdzące nogi)
Gustavo i Sylwia, czyli gdzie człowiek spał

Szydłowiec, 19 listopada 2011

Witam wszystkich serdecznie! W ten świąteczny wieczór chciałabym się podzielić z Wami pewnym miastem.

Nietuzinkowym.

Zanim je ujrzałam, wiele razy mi chodziło po głowie. Głównie dlatego, że nie umiałam za chorobę zapamiętać, co się w nim znajduje.

Ale w końcu się dowiedziałam i to w jaki sposób!

Nietuzinkowy.

Szydłowiec kompletnie nie po łebkach, a bo z nie byle jakim przywódcą i nie byle jakim przyjacielem.

To niewielkie, acz malownicze, miasto leży niedaleko Radomia (stąd mój pobyt tam). Jeśli ktoś jest z Radomia, lub z okolic może być to pyszny całodniowy lub półdniowy wypad, jeśliby wliczyć piwo w piwnicach ratusza.

To ratusz ten właśnie będzie największą atrakcją.



Szybko zrozumie wprawiony architekt/pilot/przewodnik/historyk/fanatyk, że jest to renesans. Fest pikny zresztą. Świadczyć on będzie o tym, że czasy świetności miasta przypadają właśnie na okres renesansu, a dokładniej na pierwszą połowę XVII wieku. Wtedy miasto należało do rodu Radziwiłłów (drogą małżeństwa z rodem Szydłowieckich, ale o nich to zara). Radziwiłł otrzymał tytuł hrabiego na Szydłowcu i mimo, że nie przebywał na stale w mieście, dbał bardzo o jego rozwój. Ratusz stojący do dziś na szydłowieckim rynku świadczy o tym najlepiej. Miasto rozwijało się głównie dzięki jarmarkom miejskim, a tych w Szydłowcu było coraz więcej. Późnorenesansowy ratusz wybudowany został w 1529 roku. W czasach upadku miasta pełnił inne niż ratusz funkcje, dziś są one jednak przywrócone. Pysznie to, nie powiem, wygląda.

Obok ratusza stoi kościół św. Zygmunta, erygowany w 1410 r.



Ma późnogotycką formę, wg. strony urzędu miasta, nierobiącą aż takiego wszak wrażenia co renesansowe wnętrze. Tego to nie wiem, bośmy nie weszli, ale ciekaw jestem zatem, jakie wrażenie zrobiłoby na mnie wnętrze, bo na zewnątrz oniemiałam.

Oniemiałam na materiał, z jakiego jest kościół zbudowany. Przedstawiam wam, moim mili, piaskowiec szydłowiecki!

Jak sama nazwa wskazuje, w Szydłowcu może być go pod dostatkiem. Wykorzystywano ten fakt od początków istnienia osady. Nie tylko kościół, ale też ratusz wspomniany, zamek, domy, mury.. wszystko tam to piaskowiec. To wszystko pchnęło mnie do twierdzenia: "Tu jest jak w Hiszpanii!!" (co stanowi największe z moich ust pochlebstwo).

Kościół daty wcześniejszej powie nam, że coś się tu wcześniej przed Radziwiłłami dziać musiało. Dziali się tu właśnie Szydłowieccy. Ale to nie tak, że od nich się wzięła nazwa miasta. Było wręcz odwrotnie. Szydłowieccy, wywodzący się z rodu Odrowążów przyjęli nazwisko "Szydłowiecki" w ramach nabycia osady. A nazwa tej jest już w innych kategoriach rozkminiana. Mówi się o pochodnej nazwie od Szydłowa, albo, że niby coś z szyciem. Pierwszymi Odrowążami, używającymi nazwiska Szydłowiecki, byli najprawdopodobniej bracia Jakub i Sławko, a wzmianka o tym pochodzi z roku 1401 właśnie, kiedy erygowano kościół.

To nie koniec atrakcyj na Szydłowcu. Jest jescze zamek.



Zamek wbudowany w latach 1470-1530 był jedną z najświetniejszych rezydencji magnackich. Najpierw należał, co następuje, do rodu Szydłowieckich, następnie Radziwiłłów. Dziś mieści się tu Szydłowieckie Centrum Kultury i jedyne w swoim rodzaju Muzeum Instrumentów Ludowych. Posiada około 2000 eksponatów, a o jego najlepszości świadczy to, że to właśnie z Szydłowca się bierze instrumenty do najprzedniejszych historycznych produkcji filmowych w Polsce, "Ogniem i mieczem".. takie takie.

W Szydłowcu można też zobaczyć kirkut żydowski, co o historii ludności żydowskiej w tym miejscy wiele nam by powiedział, ale tam nasze nogi nie zaszły, zaszły za to na browar w podziemia ratuszu, gdzie piaskowiec pięknie wyeksponowano, a i jakoś w środku człowiek napomknął, że to dawne więzienie.

Uroczy był to czas, a też miejsce jakże cudne!

Pręgierz przed ratuszem
Na rynku
Kościuszko na rynku
Zegar słoneczny na kościele
Kościół ze strony piątej
Spokój tego miasta mnie zachwycił
Dom wycieczkowy 'Pod Dębem', gdzie zawiesili działalność z powodu niskich temperatur
Kto zatrzymał się w zamku?
Na dziedzińcu zamku
Przed zamkiem
Matejko!
Szydłowiec nocą
Kaplica przy kościele, a tam pochowany Mikołaj Radziwiłł

piątek, 26 sierpnia 2011

Skandynawia, 3-14 sierpnia 2011


Podróż była przednia, nie powiem. Ale nie było człowieka na tym świecie, który nie wyznałby mi, życząc mi jak najlepiej zresztą, żem wariat.

Kto normalny wybiera się latem do zimnej Skandynawii?
Kto normalny wybiera się latem do drogiej Skandynawii?
Kto normalny wybiera się latem stopem do Skandynawii, która nie wie, co to stop?
Kto normalny wybiera się latem na łapanie stopa w 9 osób!?

Ale też, kto normalny poświęca 80% czasu na przygotowanie do egzaminu przewodnickiego, gdy jest miesiąc przed obroną, a potem się szczerze dziwi, że "nie zdaaaaałem"?

Albo też, kto normalny ogląda przez dwa tygodnie Dumę i Uprzedzenie na zmianę z Love actually, zwłaszcza, że wszystkie dialogi zna na pamięć, albo nawet ponad pamięć?


Nie przeczę więc, ani nawet na mrugam, jak ktoś rzecze "wariat".

Lecz, ku zdziwieniu prawom logiki, jakoś poszło! I nie głupio było.

9 osób + 9 karimat + 9 plecaków + 50 makreli w puszcze. Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba. Z tą myślą, razu pewnego 9 zaznajomionych ze sobą osób, to z kursu przewodnickiego, to z innych perypetii życiowych, obmyśliło naraz, że można by gdzieś razem na wakacje, no bo przecież tak strasznie fajnie się lubimy i jesteśmy strasznie fajni i świat jest nasz.

9 osób mówi:
- Można by gdzieś na wakacje..
- Ja myślałem o Gruzji..
- Ja chciałam do Hiszpanii
- Można by gdzieś dalej.. na Syberię, ja wiem...
- Jedźmy do Brazylii! Do Brazylii, jedźmy!
- Brazylia.. brzmi fajnie, możemy spać w namiotach gdziekolwiek, a przez miesiąc to w ogóle można nie jeść.
- Brazylia! SUPER, Jedźmy! Ale na pewno?
- Na bank! Słuchaj, NA BANK!
- Na ile? Na miesiąc tak? Dłużej nie dam rady.
- No ja też nie, ale błagam, tylko nie w lipcu, bo nie mogę.
- A ja nie mogę w czerwcu.
- Ja nie mogę w sierpniu
- Dobra, to jakos się jeszcze zgadamy.
- Ja to w ogóle nie mam za bardzo kasy, w sumie to nie wiem, czy pojadę.
- Ale to wyjdzie tanio! Możemy załatwić noclegi na Couchsurfingu i Hospitality.
- O, no można by.
- Można.
- Ej, to super! Weźmiemy jedzenie z Polski! Świetnie, nie potrzebujemy w takim razie żadnych pieniędzy!
- Dobra, to jesteśmy umówieni.
- Będziemy w kontakcie!
- Jakoś się zgadamy!
- Dobra, to zdzwonimy się!

Nieopatrznie, zostaliśmy namówieni przez dziesiątą osobę na kierunek północ: Skandynawia. Bo przecież tam jest tak super, a ludzie są STRASZNIE MILI, a w ogóle to się od razu łapie stopa i można wszędzie spać, a ludzie daja pieniądze, bo przecież są tacy bogaci i dobrzy i mądrzy. I jeszcze NA STO PROCENT dostaniemy dofinansowanie z ambasady szwedzkiej, bo oni rozdają pieniądze! I jeszcze zarobimy na tym wyjeździe i nic nie stracimy!

I co sie stało z dofinansowaniem? Albo z łapaniem stopa? Albo ze spaniem wszędzie? Albo, najodpowiedniejsze pytanie: Co się stało z 10-ą osobą? Która tak nas zapewniała o rajskości tego raju?

Good question, no answer!

Całe szczęścia dla niej i nas i tych wakacji, że było naprawdę cudownie, mimo, że człowiek musiał się upokarzać, żebrać, skakać na autostradzie i spać na ulicy.

Bo jak miało nie być cudownie, skoro elita była najprzedniejsza. Nie zawsze wszystko wyszło, ale takie ładne 9 osób to złapie stopa, nawet jakby ich setka była.

To my:

czyli od lewej: Marian, Patrycja, Olga, Marysia

nad słoniem od lewej: Igła, Gosia, Karolek i Kamil


3 sierpnia: Warszawa -> Berlin
4 sierpnia: Berlin



Zaczęliśmy zacnie od przybycia transportem jeszcze publicznym do Berlina. Jeszcze był polski chleb, jeszcze był nocleg. Podzieliliśmy się wtedy nieco, ale większość udała się do mieszkania przykładnego obywatela Niemiec- Jensa, który uraczył nas najmiększą swoją podłogą. Dobry był to wieczór, jeden i drugi. Zwiedziliśmy Berlin, niektórzy po raz wtóry, niektórzy po raz drugi (ja), ale pamiętając tyle, że jakoby po raz pierwszy, a nawet zerowy.


Wszyscy się chętnie uśmiechali jeszcze i pozowali do zdjęć. NAWET rozmawiali i efektywnie sprawiali wrażenie, że się cieszą. Niebawem miały nastać ciężkie czasy....

5 sierpnia: Berlin -> Kopenhaga (razem 456 km)
Berlin -> Rostock (232 km)
Rostock -> Gedser (promem: 15euro)
Gedser -> Kopenhaga (173 km)


na stanowisku do stopa byliśmy o 8:30, w Kopenhadze o 23:30. Przynajmniej moja trójka. Moja najznamienitsza trójka, czyli ja, Karolek oraz Igła tworzyła najlepszą w te klocki partię, Partię Muchy. Była też Partia Marianów i Partia Brzozowa. Choć początkowo, przyznaję bez bicia, że bylimy najwolniejsi w te klocki. Ale potem już przyspieszyliśmy w te klocki i dało radę, a innym nie dało.

Im bardziej na północ, tym ze stopem gorzej, w Niemczech, mam dziś wrażenie, że każdy na stopa bierze. W Dani jako tako, w Szwecji so so, ale raczej crap, w końcu w Norwegii pożal się Boże. Ale jakoś dotarliśmy. Jak już ktoś brał tych żebraków, to byli to naprawdę złoci ludzie. Jak będę dorosła, napiszę wiersz na ich cześć. Tymczasem mam jeszcze jedną opowiastkę z Kopenhagi z tego dnia, wszak to był jeszcze ten sam dzień, 5 sierpnia. Odnaleźliśmy się w wielkim mieście, 2 osoby poszły na nocleg, 7 na lodzie.

Nie taki lód straszny, jak go diabeł maluje. Gdy upada się 3 cm nad poziom żula, nawet Skandynawowie zaczynają pomagać. Siedzimy na bruku. Ja - nic. Nikt - nic też. Aż nagle.. nie, inaczej: Najbardziej w całym moim życiu urzekła mnie kobieta taka, mała, niepozorna, na wariatkę trochę z daleka wyglądała, jakby nie patrzeć oczywiście, i nam daje cóś, ja myślę, że to bomba, a na to Gosia, co bierze to, odważna dziewczyna (brawo!), mówi: "ciepłe to.. " , a to frytki. Nie umrzemy!

W przypływie zatem optymizmu (albo desperacji) patrzę ja i Marian, że to akademik jest, przed czyim brukiem siedzimy. I się kręci jakaś mała młodzież. I my wtem do jednej młodzieży, żeśmy na bruku, ale że mamy namioty i czy się da rozbić gdzieś, GDZIEKOLWIEK! Na co oni nam, że "można w ogrodzie akademikowym i że będzie git, a w ogóle to jest impreza i wszyscy welcome".

No tośmy w domu.

6 sierpnia
Kopenhaga


Zwiedzanie Kopenhagi na spokojnie, coś w końcu z tej wyprawi trzeba wynieść. I nie mam na myśli roweru.




Kopenhaga ze wszystkich klku miast, które zwiedziliśmy, podobała mi się najbardziej. Miało w sobie to samo 'coś', co mają w sobie domowe frytki, albo Colin Firth. Nie omieszkam napomknąć o Christianii, czyli wolnej dzielnicy pełnej hipisów, gdzie nie ma zakazów, oprócz jednego (NO PHOTOS), albo o Syrence, która z pewnością jest siostrą naszej warszawskiej, albo o 100-u pomnikach Andersena, bo przecież jeden to za mało, albo o cudownej katedrze kopenhaskiej, która nie oznacza nic dla zwykłego śmiertelnika, ale dla przewodnika warszawskiego oznacza 14 dzieł (nie-byle-jakich) Bertela Thorvaldsena, czyli twórcy pomników Poniatowskiego, Kopernika i Małachowskiego w Warszawie.

A tak poza tym, to.. w Kopenhadze nic nie ma, yhym.

Nocleg - śpimy u mojego wielkiego przyjaciela z Couchsurfingu, poznanego tego samego dnia. Cudowny był to człowiek, a o jego cudowności świadczy kubatura jego mieszkania (bliska zeru) i to, że wpuścił na podłogi 7 osób. Wyglądał jak satanista, to prawda, ale naprawdę nie chciał nas zabić! To artysta! Film nam puścił, 'W Chinach jedzą psy'. Żebyśmy wiedzieli... żebyśmy zdawali sobie sprawę, co nas może w życiu spotkać! Poleca się fanom rytobaństwa. A tak szczerze, to niegłupi ten film. Powiew świeżości po latach amerykańskiej kupy.

7 sierpnia
Kopenhaga - Malmö (46,2 km)



Rzut beretem! Raz dwa byliśmy! To był jeden ze spokojniejszych dni. Dach nad głową, wrzątek.. łazienka.. czego chcieć więcej od życia? No tak, Malmö mogloby być ładniejsze, lub bardziej espektakularne, ale nie będzie człowiek wybrzydzał, niech korzysta z lusksusu, kiedy czas po temu. w Malmö dwie są atrakcyje, a w zasadzie to jedna. 16-wieczny ratusz i katedra, ale katedra to, proszę ja ciebie, jest wszędzie.

8 sierpnia
Malmö - Göteborg (270 km)


I schody w końcu. Schody tym są stromsze, im więcej luksusu człowiek zazna na nieschodach. I na co mu miał być dach nad głową, jak już następnego dnia miał spać na bruku? A raczej pod brukiem... Albo na co ten wrzątek, jak za następny musiał płacić 10koron łaskawie na sklepie za to udogodnienie? Ale! Nie to było najgorsze, bo przecież w miłym towarzystwie i na betonie czas miło płynie. Skład zaczął się sypać i to właśnine było najgorsze, albo raczej sypanie się składu było jedyną rzeczą na tym wyjeździe, którą można zapakować do kategorii 'nieudane' albo 'złe'. Bo tak naprawdę narzekanie na brak wrzątku, mycie włosów w centrum handlowym, spanie na parkingu. to szczegóły są. Szczegółem nie jest, jak połowa grupy opuszcza trip w połowie (o tym zara) i nie jest szczegółem jak inne partie tudzież jedna nie łapią stopa i są nie wiadomo gdzie na autostradzie. Morale wtedy upadają. W kupie siła, jak to mówią i nie jest to przelewka, potwierdzam to ja, pensador y metrosexual.


Chlipu chlip, ale przez to wszystko nie mogę przegapić dobrej akcji, która miała tu miejsce. Jeszcze w Malmö, jak uznaliśmy, że ze stopem 'ciężko będzie', uciekliśmy się do najgorszego, to jest autostrady. Mimo, że w Szwecji autostrada to chleb powszedni, instytucja autostrady nie spowszedniała im i wciąż wejście na nią to herezja. Dobrze, że mamy master z głuporżnięstwa. Jak już nas ta policja, co nas musiała dorwać, dorwała, zaczęliśmy rżnąć głupa na piątkę z plusem. Nie zamknęli nas, uf! Tyle jedynie co w radiowozie na 15 minut, żeby nas wywieźć w 'dogodniejsze miejsce', skąd już spokojnie nas zabrał poczciwy Arab (no bo chyba nie Szwed), ale równie dobrze mógł to być murzyn albo Polak.

Göteborg! Miało być najpiękniejsze! W sumie to nie było takie złe, ale jak upadają morale, upadają też urokale urbanizale. U mnie Kopenhaga wciąż na pierwszym miejscu, nawet przy geteborskim Muzeum miejskim i feskekörka.

9 sierpnia
Göteborg - Oslo (298 km)

Podczas gdy tego dnia dla niektórych schody ustąpiły miejsca poważnym schodom, a niektórzy dopiero poznali, co to schody, Partia Muchy obyła sie bez schodów. Możliwe, że tego dnia wyczerpano limit dystrybucji schodowej. We troje dotarliśmy do Oslo, ale nie bez przejść. I odludzie było i autostrada i pociąg nawet (grunt, że za darmo! [master z głuporżnięstwa]). Tym szaleniej, że Igła samolot ma jutro z Oslo. W końcu to my, to ktoś inny tego dnia bywał w odmętach ... . W końcu, i to tego samego dnia, wszyscy dostaliśmy się do Oslo, niektórzy (my) za darmo, niektórzy za półtora darmo. Tu można ostrzec podróżników, którzy lgną do Skandynawii, że za darmo się nie da (odkrycie), a transport publiczny to w tym kraju majątek.


Ale spotkał nas lód, na którym zostaliśmy zresztą. Nie było miejsca w gospodzie, nawet z dworca nas wyrzucili. I to nie dlatego, że go zamykali, tylko dlatego, że tu spać nie wolno. Wtedy podpadli nam Norwegowie pierwszy raz. Na szczęście nie wygonili nas z ulicy. Faaajnie było. Symbolem upadku na samo dno było spuentowanie nas przez przedstawicielkę prostytucji: 'you are crazy'. 'Welcome to Oslo', nic dodać niż ująć.




I znowu wrócę to najpoważniejszego błędu tego wyjazdu, a raczej jedynego. To tam, pod tymi uroczymi arkadami, gdzie spaliśmy smacznie, przyszło nam się pożegnać. Nic bardziej zabójczego dla grupy. No chyba, że niedźwiedź albo helikopter.

Potem juz było kameralniej, z początka smutniej.

Wyspaliśmy się w domu zapoznanych na ulicy chłopczyków gejów. Zaprosili nas z litości do swojej gejowej imprezowni. Ale przecież nic już nie robiło na nas wrażenia na tym wyjeździe. Anyway, zdjęcia na lodówce mieli sweetaśne, o tak.

10 sierpnia
Oslo, jezioro Sognsvann


Mieliśmy zwiedzać Oslo, ale los przygnał nas nad podbliskie jezioro Sognsvann. Co prawda, nie były to fiordy, ale to z pewnością jedno z tych miejsc, dzięki którym mówi się, że w Skandynawii jest zgoła pięknie. Odpocznijmy... połóżmy się... zapomnijmy... jak to śpiewał Happysad, pozwiedzamy jutro.

11 sierpnia
Oslo


Gdyby mnie wygoniono z Oslo po 10 minutach pobytu w tym miejscu, klnęłabym na nie bardziej niż na ruter, gdy nie działa. Pierwsze wrażenie - BEZNADZIEJA! Całe szczęście, że w życiu nie unoszę się dumą i nie daję się zwieść uprzedzeniom. Tylko kilka słów wyraziłam na początku, widząc te obrzydliwe miasto zbudowane z najnowocześniejszych i najprzeźroczyściełszo- srebrzysto- metalicznych szkieł.



Na szczęście miasto Oslo okazało się być miastem posiadającym pewną dozę uroku. Na głównej ulicy miasta o nazwie Karol Johans Gate, upamiętniającej nazwą Karola Jana (a ma i on swój pomnik konny na tle Pałacu Królewskiego na końcu ulicy), mieści się moc atrakcji: parlament (Stortinget), Katedra z przełomu 16/ 17 wieku (to pod nią spaliśmy), pomnik niedźwiedzia, niegłupia fontanna (zgapiona z Jastrzębia-Zdroju!) i Ratusz. To właśnie w Sali Reprezentacyjnej Ratusza rozdawana jest Pokojowa Nagroda Nobla. To tyle 'starówki'. Jakby się od niej oddalić, poznasz człowieku taką atrakcję, że nigdy nie powiesz złego słowa na Oslo. Park Rzeźby Vigelanda daje radę. Mój najnowszy idol Gustav Vigeland rozochocił się w rzeźbieniu nagich postaci. Wszystko zaczęło się od fontanny podtrzymywanej przez nagich atlantów. A potem już poszłoO i nim się obejrzał narobił 200 rzeźb, czyli łącznie jakieś 600 postaci. No wygląda to super. 'Takim szacun, że masakra'.

Tego dnia pojechał Karolek, więc zażegnane zamulenie powróciło. Tym bardziej, że dalsza podróż, ambitnie obrana pod dowództwem 10-tej osoby stanęła pod znakiem zapytania. Z przyczyn tych i tamtych zrezygnowaliśmy z: Bergen, Stavanger, Tronheim, Ostersund, Kiruny.. i kilku innych miejsc. Ambitnie! (było). W końcu przyszlo życie i wszystko zepsuło.

12 sierpnia
Oslo - Sztokholm (527 km)


Wersja skrócona tylko brzmi, jakoby się podróż miała ku końcowi. A niejedno jeszcze nas czeka. Na początek, szczęśliwie: WZLOTY, wręcz uniesienia. Na trasę długą, że ho ho złapaliśmy najprzedniejszego stopa w całej Europie północnej. Ciężko opisać tę kobietę w trzech zdaniach. Nie dość, że zawiozła, nakarmiła i to trzy razy to jeszcze wzięła na wyspę do domu i uraczyła rozmową i winem. Dobry był to wieczór, nie ma co.

13 sierpnia
Sztokholm


Gdyby wtedy wiedział, że Sztokholm jest prawie tak nieprzyjazny jak Oslo, to by się tak nie cieszył. Sztokholm to piękne miasto! Starówka jest uderzająco podobna do warszawskiej: barokowe kamienice i kamienne schodki. Tylko, że tu są naprawdę kamienne, a nie betonowe. Poza tym wpada w pamięć budynek parlamentu i Zamek Królewski. No i można sprawić sobie odnajdowanie śladów herbu Snopek. Co mogło nas zniechęcić, skoro takie urocze i piękne to miasto? Może to nasza już była wina, jakiś brak energii do improwizacji? Tylko, że ciężko improwizować w mieście pozbawionym całkowicie spontaniczności. Oto lista, czego nie można zrobić w Sztoholmie bez karty kredytowej: Albo inaczej.. będzie prościej zrobić listę rzeczy, które MOŻNA zrobić bez karty. No tak, nie ma nic na tej liście. Hostelu nie można, promu do domu nie można, namiotu rozbić nie można. To co w tym kraju _ można? Nawet wyjechać stamtąd nie można!

W końcu wybyliśmy metrem do mieściny, skąd mieliśmy prom - Nynashamn. Rozbiliśmy się w uroczym miejscu. trawka, stawik.. byliśmy bezpieczni....

14 sierpnia
Nynashamn


.. ale tylko do 1:00. Była ciemna noc.. nagle zerwał się silny wiatr, który położył kres naszym słodkim snom. Wiatr tak silny, że o mało nie wyrwał drzew z korzeniami.. i do tego ten przerażający hałas. Myślałam, że wszyscy umrzemy! Lądujące na nas UFO chaotycznie świeciło na nasz bezbronny namiot. Przylecieli helikopterem! Z prędkością światła sunęli na nas. Zamarliśmy we trójkę w ostatnim tego świata uścisku i tak tkwiliśmy, aż zorientowaliśmy się, że.. ŻYJEMY!

Przeżyliśmy atak helikoptera.. odleciał w pokoju. Nie ponieśliśmy większych strat, poza jedynie połamanym namiotem.

Będzie co wnukom opowiadać, bynajmniej nie o urodzie Nynashamn, choć to urocze miejsce. No i Szwedzi już mili, jak Boga kocham. Dali nam wrzątek za darmo.

I takim akcentem właśnie zaokrętowaliśmy się na statek, który dokładnie 19 godzin nam towarzyszył, zanim nas dostarczył do Gdańska, a rejs był to przedni. Ze wszystkim, co cywilizowanemu człowiekowi do życia potrzebne, a nam człowiekom odcywilizowanym, to już zupełnie.


---------------

Takie dziwy! W Skandynawii!

Może ten wpis przypominał listę zażaleń, ale naprawdę było cudownie. Warto jest zrobić sobie czasem obóz przetrwania, zobaczyć, co tak naprawdę jest ludziom do przeżycia potrzebne, a co jest tylko połowicznie potrzebne, a co nie jest potrzebne, a się człowiekowi potrzebne wydaje, a przede wszystkim zobaczyć, co ma i czego na co dzień nie docenia.

I przede wszystkim.. dobra jazda była!

Pozdro i kochane dzięki dla Igły, Gosi, Olgi, Patrycji, Kamila, Mariana, Marysi i Karolka ;]

Wszyscy znają Humboldta

Katedra w Berlinie

Gabrysia, która nas przewodzila w Berlinie

Sory, ale w Danii to są pindy

Najdroższe breloczki życia

Most lączacy Kopenhagę z Malmo

Klimaty Oslo po zamachu

Obelisk w Parku Vigelanda

czwartek, 2 grudnia 2010

Łódź, 28 - 29 lipca 2010

Nie dam żyć nikomu. Śniegi czy nie śniegi, trzeba czytać moje blogi, bo potem wypytam. Będzie wejściówka na kawę ze mną, a nawet rozmowę, gdy humor mi nie dopisze.
Opowiem Wam o Łodzi. Zabłądziłam tam z dobrze znaną i lubianą Ewą, której niech Bóg błogosławi, a to, że tam byłyśmy było składową wielu czynników:

1. wakacje, ot hulanki i swawole, jakich w dorosłym życiu nie zastaniemy, bo trzeba będzie prać pieluchy dzieciom i mężowi

2. Maciej Mucha, nieznany nikomu mój brat pracujący w rodzinnej firmie wakacyjnie, który na moich urodzinach założył pejsy, a jego najlepszą cechą jest jego dziewczyna - Iza.

3. wuj Roman, znany wszystkim i lubiany, który urzęduje tam nie od dziś


I tak oto - ja - Martyna Mucha - zamieszkała w Jastrzębiu Zdroju, gdzie serce me pozostało, mimo przebywania w Warszawie - wracając z Poland Touru, zagaiłam kilka przydrożnych osób: Ewę i wuja Romana (Macieja nie, bo co mu do tego), czy może przybyć człowiek. Mogł, a lubi sie on wpraszać, więc przybył.

Był to dobry czas. Po pierwsze: nie trzeba było robić tłumaczeń. To ceni sie w Łodzi. Po drugie: nie trzeba było robić tłumaczeń.

Bo gdyby trzeba było robić tłumaczenia, Łódź byłaby brzydka.

Przybyłyśmy rzeźkie niczym galaretki owocowe, w spódnicach w dodatku, co nie zdarza się często, jedynie na specjalne okazje, takie jak pięćdziesiąta rocznica obojętnie czego, albo wyjazd ku Łodzi. I tak oto my, uzbrojone w spódnice, ruszyłyśmy na podbój Łodzi, a czasu nie było wiele.

A zatem nikomu, kto był w Łodzi choć pół sekundy, nie jest trudno zgadnąć, gdzie mogłyśmy pójść. Zadziwię: Piotrkowska i Manufaktura. A nie, jednak nie zadziwiłam.

A ZADZIWIĘ!

Udał sie człowiek na cmentarz żydowski

który był zamknięty, ale wporzo, już, wporzo.

ULICA PIOTRKOWSKA: od Piotrka, a wszystko Piotrki to fajne chłopaki (nie znam żadnego [no kilku, niech będzie]). Jeśli chcesz znaleźć coś albo wszystko, to możesz iść na Piotrkowską. No proste, reprezentacyjna ulica Łodzi. Nie jest to niespotykane, co by miasto miało jedną reprezentacyjną ulicę, tak jest też w Radomiu (każdego możesz spotkać na Żeromie, Żerom popularniejsza od rynku, na którym nie ma nikogo). I widzę tendencję! Z racji tego, że jestem nad wyraz spostrzegawczym człowiekiem, czem prędzej zauważyłam, że ludzie, Łodzianie na przykład albo Radomianie (którzy bez wątpienia są ludźmi), lubia narzekać na swoje miasta z różnych powodów, a jednym z nich jest to, że "Mamy tylko jedną fajną ulicę i koniec, a tak to nie ma nic". Chłopaki! Co wy?! A ile byśta chcieli?! Pińcset? Ja, człowiek z Jastrzębia Zdroju (miasta, które kocham, nie przeczę, acz nie jest to najbarwniejsze miasto Polanda), nawołuję! Nawołuję do pokory i docenienia Waszych ładnych ulic. No.

Jednak duskurs mój nie miał sensu, bo to tak, jakbym uważała, że w Łodzi nic nie ma. A nigdy tak nie przyuważyłam tego miasteczka. Znana mi skądinąd Justyna, studentka w Łodzi, usłyszawszy o naszym przyjeździe rzekła:

"TAM NIC NIE MAA!!! NIE JEDŹCIE TAM!"

Ja jednak będę bronić tezy, że w Łodzi .. istnieje.. coś. Coś istnieje.

Kamienice zabytkowe przy Piotrkowskiej. Lubię to.

Pomnik Łodzian Przełomu Tysiącleci. Lubię to.

Galeria Wielkich Łodzian. Lubię to.

To ostatnie, to tak tak.. lubię nie mało. Przysięgam, zawsze kochałam te, tzw rzeźby plenerowe. I tak jest:

"Ławeczka Tuwima"
"Fortepian Rubinsteina"
"Kufer Reymonta"
"Twórcy Łodzi Przemysłowej"
"Fotel Jaracza"
"Pomnik Lampiarza"

Bardzo bardzo bardzo fajny pomysł. Plebsowi sie podoba.

MANUFAKTURA! Każdy wie o manufakturze, dzięki zdjęciom z fejsbuka trzech albo czterech znajomych na tle wielkich, żółtych liter. Nie mogłam się oprzeć, też takie mamy.

Zanim wyrażę się, zapamiętajmy wszyscy chórem, że NIENAWIDZE SHOPPINGU! Nie kupuje Avanti i mam same łachy, nie licząc sweterka z ZARY, który podarowała mi ciocia Gosia. Nie weszłyśmy z Ewą do haendemu ani do croppa, czy czegoś. Czy jeśli teraz powiem, że Manufaktura zrobiła na mnie wrażenie, nikt nie pomyśli, że wyszłam stamtąd z torbą pełną zakupów?

W takim razie mogę zacząć sie wyrażać:

Sklep to ja mam w Jastrzębiu, haendema. Ale Manufaktura to jest.. to jest... OBIEKT! To sie nazywa PRAWDZIWY obiekt, proszę ja was państwa, ni mniej ni więcej. I nie chodzi o to, że jest to jedno z największych centrów handlowo-usługowo-rozrywkowych w Polsce i jedno z największych w Europie Środkowej. Poza tym też, że chodzi o to, żeby nie wpaść w błoto, chodzi o to, że od razu człowiekowi ciśnie się patos na duszę, jak pomyśli, że: "tu to sie działo..." W sumie to wszędzie sie cos działo, ale.. w manufakturze sie działo więcej i kropka.

Czytam z Wikipedii, moim mózgu2, że "Centrum powstało na terenach dawnej fabryki Izraela Poznańskiego w Łodzi, jednego z największych fabrykantów łódzkich." Ale to nie ważne.. ważne, że Ziemia Obiecana Andrzeja Wajdy dzieje się w Manufakturze (a pogłoski mówią też, że podobno jakaś książka też była taka... jakiś pan Reymont") 

W Łodzi jest więcej rzeczy, przysięgam (na pewno nie wierzycie), ale pamięć już nie ta, co kiedyś. W dodatku nie było czasu na zwiedzanie, bo trzeba było uczcić przyjazd do Łodzi w lokalu za wieczora.

Nie wspomnę też o dobrociach domu Romanowego, gdzie człowiek tak zagościł, że zapomniał, gdzie ma wracać.

Czy to nie jest piękne, pytam?
Pomniki, czyli to, co w Łodzi lubię najbardziej
Panie, co pan tu?
Łódź jest pełna jazdy
A to??
A nie mówiłam, że jest jazda?
a kto sponsoruje fortepian?
Liczy się alternatywa
Wielki przewodnik
Lato..
Wielcy kumple
W poszukiwaniu cmentarza żydowskiego